Tor w Niemczech. Co naprawdę wiemy o BND, NSA i niemieckiej policji
Niemcy to jeden z filarów sieci Tor. To także kraj, w którym NSA śledziła serwer Tora studenta z Erlangen, BND podłączał się do kabli we Frankfurcie, a policja w 2024 roku zdeanonimizowała użytkownika sieci. Oto, co z tego wynika - bez spiskowych teorii.
Sieć Tor działa dzięki ochotnikom. Kilka tysięcy ludzi i organizacji na całym świecie udostępnia swoje serwery, przez które przechodzi zaszyfrowany ruch użytkowników. Każde połączenie biegnie przez trzy losowo wybrane węzły, a żaden z nich nie zna jednocześnie nadawcy i celu. Im więcej niezależnych węzłów, tym trudniej kogokolwiek namierzyć.
Niemcy od lat należą do krajów, w których działa najwięcej węzłów Tora - często są pod tym względem na pierwszym miejscu na świecie. Tanie i szybkie łącza, silna scena hakerska skupiona wokół Chaos Computer Club i tradycja obywatelskiej nieufności wobec inwigilacji robią swoje. Pod niemieckimi adresami działał też jeden z kilku serwerów katalogowych - ośrodków, które utrzymują oficjalną listę wszystkich węzłów sieci.
Właśnie dlatego to, co działo się w Niemczech, ma znaczenie dla całego Tora.
Student z Erlangen
3 lipca 2014 roku niemieckie publiczne stacje NDR i WDR opublikowały materiał, który zelektryzował środowisko. Dziennikarze dotarli do fragmentów kodu źródłowego XKeyscore - systemu, którego NSA używa do przeszukiwania przechwyconego ruchu internetowego. Kod zawierał konkretne reguły: kogo i co system ma oznaczać.
Jedna z reguł dotyczyła serwera katalogowego Tora prowadzonego przez Sebastiana Hahna, 28-letniego studenta informatyki z Uniwersytetu w Erlangen. Każdy, kto łączył się z tym serwerem, mógł zostać zarejestrowany. Inne reguły oznaczały ludzi, którzy po prostu odwiedzali stronę torproject.org albo szukali informacji o systemie Tails - w komentarzu do kodu nazwanym „mechanizmem bezpieczeństwa komunikacji polecanym przez ekstremistów na ekstremistycznych forach”. Według reportażu reguła dotycząca strony Tora wykluczała osoby z krajów „Pięciu Oczu”, czyli USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Oznaczani byli więc wszyscy pozostali - w tym Niemcy.
Pochodzenie kodu nigdy nie zostało w pełni wyjaśnione. Część ekspertów sądziła, że nie pochodził z archiwum Snowdena, lecz od innego źródła. NSA nie potwierdziła jego autentyczności. Ale wniosek był trudny do zignorowania: samo zainteresowanie narzędziami prywatności mogło wystarczyć, by trafić do bazy danych amerykańskiego wywiadu.
Eikonal: wywiad, który pomagał wywiadowi
Jeszcze bardziej niewygodne dla Niemiec okazały się ustalenia komisji śledczej Bundestagu, która badała współpracę niemieckiego wywiadu BND z NSA. Ujawniła ona operację o nazwie kodowej Eikonal.
W latach 2004-2008 BND wynajmował dwa zabezpieczone pomieszczenia w piwnicy centrum przełączania Deutsche Telekom we Frankfurcie nad Menem. Podłączał się tam do kabli przesyłających międzynarodowy ruch telefoniczny i internetowy. Dane były filtrowane według tzw. selektorów - adresów, numerów i słów kluczowych - dostarczanych zarówno przez BND, jak i przez NSA. Wyniki trafiały do wspólnej jednostki obu służb w bawarskim Bad Aibling.
Teoretycznie system miał odfiltrowywać komunikację obywateli Niemiec, której BND nie wolno było przekazywać. W praktyce testy pokazywały, że filtr nie był stuprocentowo skuteczny. W 2015 roku wybuchła tzw. afera selektorów: okazało się, że wśród amerykańskich zapytań, które BND przez lata przepuszczał, były również cele w krajach europejskich, w tym w instytucjach i firmach sojuszników. Wcześniej, w 2013 roku, kanclerz Angela Merkel - po doniesieniach, że NSA podsłuchiwała jej telefon komórkowy - powiedziała słynne zdanie: „Szpiegowanie wśród przyjaciół - to nie do przyjęcia”.
Eikonal nie był operacją wymierzoną w Tora. Był czymś bardziej podstawowym: dowodem na to, że ruch internetowy przepływający przez największe węzły wymiany danych w Europie może być przedmiotem zainteresowania wielu służb jednocześnie - i że granica między „naszym” a „cudzym” wywiadem bywa umowna.
Boystown: atak, który zadziałał
We wrześniu 2024 roku dziennikarze programów Panorama i STRG_F z NDR ujawnili coś, czego wielu specjalistów obawiało się od lat. Niemieckiemu Federalnemu Urzędowi Kryminalnemu (BKA) udało się zdeanonimizować użytkownika sieci Tor.
Chodziło o administratora Boystown, platformy w sieci Tor z materiałami przedstawiającymi wykorzystywanie dzieci. Mężczyzna, zatrzymany w Nadrenii Północnej-Westfalii i skazany w 2022 roku, komunikował się przez Ricochet - komunikator działający całkowicie wewnątrz sieci Tor. Według reportażu śledczy przez długi czas obserwowali wybrane węzły sieci i stosowali tzw. analizę czasową: porównywali, kiedy i jakie pakiety danych pojawiały się w różnych punktach. Operator komórkowy Telefónica przekazał dane o klientach, którzy łączyli się z określonym węzłem Tora. Zestawienie tych informacji pozwoliło wskazać, przez który węzeł wejściowy łączy się podejrzany, a stąd już blisko było do konkretnej osoby.
Matthias Marx z Chaos Computer Club, który zapoznał się z materiałami, ocenił, że podobne działania prowadzono najprawdopodobniej wielokrotnie i przez lata.
Jak działa analiza czasowa
Najprościej wyjaśnić to na przykładzie. Wyobraź sobie budynek z wieloma wejściami i wyjściami, a w środku labirynt korytarzy, w którym nie widać, kto dokąd idzie. Jeśli obserwujesz jedno wejście i jedno wyjście, możesz zauważyć, że za każdym razem, gdy ktoś w czerwonej kurtce wchodzi o 14:02, ktoś wychodzi o 14:05. Raz to przypadek. Sto razy - to już wzór.
W sieci Tor „kurtką” są rozmiary i odstępy czasowe pakietów danych. Szyfrowanie ukrywa ich treść, ale nie zmienia faktu, że w określonej sekundzie do sieci weszła porcja danych, a chwilę później podobna porcja pojawiła się gdzie indziej. Kto widzi oba końce połączenia, może je ze sobą skojarzyć. W przypadku Boystown kluczowa była długotrwała obserwacja: komunikator przez wiele tygodni utrzymywał połączenia w podobny sposób, co pozwalało stopniowo zawężać krąg węzłów, przez które mógł się łączyć jego użytkownik - aż do tego jednego, najbliższego.
Odpowiedź Tora
Tor Project odpowiedział szybko i rzeczowo. Podkreślił, że nie zobaczył wszystkich dokumentów, ale z dostępnych informacji wynika, że zatrzymany używał starej wersji Ricochet, pozbawionej ochrony przed tzw. atakiem na węzeł wejściowy. Zabezpieczenie, nazywane „vanguards”, było dostępne w rozwijanej dalej wersji Ricochet-Refresh od czerwca 2022 roku. W tym samym roku uproszczoną wersję tej ochrony wbudowano w samo oprogramowanie Tor.
To ważne rozróżnienie. Sieć Tor nie została „złamana” w sensie matematycznym. Jej szyfrowanie nadal działa. Udało się natomiast coś, przed czym ostrzegano od początku istnienia projektu: przeciwnik, który obserwuje wystarczająco duży fragment sieci przez wystarczająco długi czas, może z pomocą analizy statystycznej zawęzić krąg podejrzanych. Projektanci Tora nigdy nie twierdzili, że sieć chroni przed kimś, kto widzi jednocześnie wejście i wyjście ruchu.
Czy Niemcy kontrolują Tora?
Nie. I to jest najważniejszy wniosek. Nie ma dowodów, że BND, NSA czy niemiecka policja „kontrolują” sieć Tor w Niemczech ani gdziekolwiek indziej. Węzłów jest kilka tysięcy, prowadzą je niezależni ludzie w dziesiątkach krajów, a złośliwe węzły są regularnie wykrywane i usuwane.
Wiemy natomiast trzy rzeczy. Po pierwsze: wywiady interesują się Torem i jego użytkownikami - nie tylko przestępcami, ale każdym, kto chce chronić swoją prywatność. Po drugie: współpraca służb ponad granicami sprawia, że dane zebrane w jednym kraju mogą trafić do innego. Po trzecie: ataki statystyczne są realne, szczególnie wobec osób, które korzystają z przestarzałego oprogramowania i przez długi czas łączą się w ten sam, przewidywalny sposób.
Co z tego wynika
Tor wciąż jest jednym z najlepszych narzędzi ochrony anonimowości, jakie istnieją. Ale nie jest magiczną peleryną. Działa najlepiej, gdy aktualizujesz oprogramowanie, nie korzystasz z porzuconych projektów, nie trzymasz otwartych tych samych połączeń tygodniami i nie zakładasz, że jedno narzędzie zrobi wszystko za Ciebie.
Historia z Niemiec pokazuje też coś szerszego. Infrastruktura internetu - kable, węzły wymiany, operatorzy - zawsze będzie miejscem, w którym państwa próbują patrzeć. Prywatność nie polega na tym, żeby nikt nigdy niczego nie widział. Polega na tym, by to, co da się zobaczyć, nie wystarczało, żeby Cię rozpoznać.